81 lat temu wybuchło Powstanie Warszawskie. Tak wspominali je powstańcy
1 sierpnia 1944 roku o godz. 17.00 w Warszawie rozpoczęły się heroiczne zmagania powstańców z niemieckim okupantem. Powstanie miało trwać kilka dni, zakończyło się po 63 – klęską militarną i ogromnymi stratami. Był to największy zryw wolnościowy w okupowanej Europie, który do dziś budzi emocje i skłania do refleksji. Przed laty „Tydzień Polski” wysłuchał wspomnień powstańców, którzy po wojnie osiedli w Anglii.
Decyzję o rozpoczęciu walki w stolicy dowództwo Armii Krajowej podjęło w przełomowym momencie – na przedpolach Warszawy stanęła Armia Czerwona, a propaganda sowiecka coraz śmielej nawoływała do zbrojnego wystąpienia. Władze Polskiego Państwa Podziemnego chciały, by to one przywitały wkraczające oddziały jako gospodarz – by pokazać, że Polska nie jest ziemią niczyją. Tłem dla tych decyzji były ustalenia konferencji teherańskiej, o których w Warszawie niewiele wiedziano.
Siły powstańcze liczyły około 50 tysięcy żołnierzy, ale tylko co dziesiąty miał w chwili wybuchu walk broń w ręku. Mimo to pierwsze dni sierpnia przyniosły sukcesy – zdobyto magazyny broni i żywności na Stawkach, budynek Prudentialu, Pocztę Główną czy elektrownię na Powiślu. W wielu miejscach budowano barykady, wykorzystywano butelki z benzyną i zdobyczne niemieckie uzbrojenie. Walki miały charakter miejskiej partyzantki, toczonej o każdą ulicę i dom.
Przeciwnik był liczniejszy, lepiej uzbrojony i bezwzględny. Do pacyfikacji powstania skierowano m.in. brygadę SS Oskara Dirlewangera oraz oddziały „RONA”, znane z wyjątkowego okrucieństwa. Na Woli w ciągu kilku dni wymordowano około 40–50 tysięcy cywilów. Podobny los spotykał rannych i lekarzy pozostających w szpitalach polowych na Starówce i Powiślu.
Dramat ludzi i miasta
Pomoc aliantów była symboliczna i spóźniona. Brytyjskie i polskie załogi lotnicze próbowały dokonywać zrzutów broni i żywności, lecąc z baz we Włoszech, ale większość zasobników wpadała w ręce Niemców. Sowieci długo zwlekali ze wsparciem – dopiero we wrześniu pozwolili na lądowanie alianckich samolotów w rejonie Połtawy. 18 września nad Warszawę nadleciało ponad 100 amerykańskich bombowców B-17, które dokonały masowego zrzutu, ale było już za późno, aby odwrócić losy walk.
Walka o miasto stawała się coraz bardziej dramatyczna. Po upadku Starego Miasta pod koniec sierpnia powstańcy ewakuowali się kanałami do Śródmieścia i na Żoliborz – w całkowitej ciemności, brodząc w ściekach, dusząc się od fetoru i braku powietrza.. Jednym z najtragiczniejszych momentów był dramat Czerniakowa, gdzie do ostatnich dni września bronili się żołnierze z batalionów „Zośka” i „Parasol”, wspierani przez żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego, którzy przeprawili się przez Wisłę.
Bilans był tragiczny. W 63 dni walk zginęło ponad 16 tysięcy powstańców, około 150 tysięcy cywilów, a miasto zostało niemal zrównane z ziemią. Po zakończeniu walk – zgodnie z osobistym rozkazem Hitlera – Niemcy przez trzy miesiące metodycznie niszczyli pustą Warszawę, wysadzając dom po domu.
„Nie myślałam o śmierci”. Głosy powstańców
W 2019 roku z okazji 75. rocznicy wybuchu Powstania „Tydzień Polski” opublikował wspomnienia uczestników walk. Wracamy do nich dziś – po 81 latach od tamtego 1 sierpnia.
W londyńskiej Polonii Marzennę Schejbal znał każdy. Była wieloletnią działaczką kombatancką, prezesem Koła AK, wolontariuszką Studium Polski Podziemnej. W czasie Powstania była łączniczką i sanitariuszką w Batalionie „Łukasiński”. Wspominała:
– Moja rola w powstaniu była niewielka. Ja tylko nosiłam jedzenie dla kolegów od kwatery do placówki. Nosiłam rannych, opatrywałam, zdobywałam materiały aptekarskie i medyczne. Bo z tym ciągle były kłopoty – mówiła z typową dla siebie skromnością. – Nie myślałam o tym, czy zginę. Prosiłam tylko, żebym dała radę wypełnić misję i wrócić. Tylko to się liczyło.
Marzenna Schejbal zmarła w 2021 roku. Do końca życia brała udział w londyńskich uroczystościach 1 sierpnia.
Hanna Zbirohowska-Kościa miała 15 lat, gdy złożyła przysięgę Armii Krajowej. Pracowała jako sanitariuszka w punkcie ratunkowym w Instytucie Głuchoniemych. W 2016 roku opowiadała, jak pod ostrzałem przedzierała się do szpitala:
– Strzelali do nas, ale na szczęście tylko worki z lekami podziurawili. Ale strachu trochę było. Obłowiłyśmy się wtedy – wspominała z uśmiechem.
Hanna Zbirohowska-Kościa zmarła w 2024 roku.
Andrzej Kazimierz Sławiński, żołnierz Zgrupowania „Bartkiewicza”, powiedział:
– W czasie powstania bardzo cierpieliśmy, nie tylko fizycznie, ale także za każdym razem, jak przychodziły do nas wiadomości ilu ludzi zginęło. Gdybyśmy mieli te wszystkie informacje, jakie posiadał rząd w Anglii, na temat tego, co stało się w Teheranie, może to wszystko inaczej by się potoczyło. Jestem dumny z tego, że jestem Polakiem i że walczyłem za swój kraj. Z drugiej strony jest taki żal… Że tak się chciało wolności i to wszystko na nic…
Andrzej Kazimierz Sławiński zmarł w 2020 roku.
Dla jednych klęska, dla innych chwała
Powstanie Warszawskie nie osiągnęło swoich politycznych i militarnych celów. Alianci w dużym stopniu zawiedli. Stalin zwlekał.
Do dziś decyzja o rozpoczęciu powstania budzi kontrowersje. Jedni mówią o bezsensownym poświęceniu tysięcy ludzi, drudzy – o słuszności decyzji Armii Krajowej, o niezłomności narodu.
Współczesna Warszawa wciąż żyje z cieniem tamtego zrywu. Godzina „W” – syreny, minuta ciszy, zatrzymane ulice – co roku przypomina, że stolica miała być nie tylko wolna, ale też polska.

