Dopóki żyję… spotkanie z Malą Tribich MBE
16 stycznia w Belsize Community Library w północnym Londynie mieliśmy okazję spotkać świadka historii ostatniej wojny. W związku z 80. rocznicą wyzwolenia Auschwitz, dr Bea Lewkowicz, dyrektor AJR Refugee Voices Archive, poprowadziła rozmowę z Malą Tribich MBE, pochodzącą z Piotrkowa Trybunalskiego ocalałą z obozów koncentracyjnych Ravensbrück Bergen-Belsen, która opowiedziała zebranej publiczności o swoich doświadczeniach podczas wojny i po jej zakończeniu.
Spotkanie zorganizowała i poprowadziła dyrektor archiwum AJR Refugee Voices Archive z Londynu, dr Bea Lewkowicz, której rodzina pochodzi z Katowic.
– W całym archiwum, w którym od lat filmujemy i upamiętniamy dla przyszłych pokoleń świadectwa tych, którzy przeżyli Holocaust, mamy aż trzydzieści rozmów z Polakami – mówi dr Bea Lewkowicz. – Wśród nich mamy między innymi zapis Lili Pohlmann, która była polską działaczką społeczno-kulturalną mieszkającą w Londynie, zasłużoną dla idei zbliżenia polsko-żydowskiego.
Mala Tribich, MBE, krucha kobieta, bardzo sprawna i energiczna zupełnie nie wygląda na dziewięćdziesiąt pięć lat. Jest uśmiechnięta, mówi powoli, ale z przejęciem. Pięknie wymawia polskie nazwy miast, opowiada o Piotrkowie Trybunalskim, w którym się urodziła.
– Byłam w Polsce wielokrotnie – mówi – Ale to już nie ten Piotrków, który pamiętam, to inne miasto teraz.
Na jednym ze slajdów widzimy współczesny budynek w Piotrkowie.
– To szkoła podstawowa – mówi Mala – Nadano jej imię Janusza Korczaka. Czy ktoś na sali słyszał o Korczaku?
Na pytanie prowadzącej unoszą się ręce. Więc jednak są Brytyjczycy, którzy znają historię polskiego pedagoga i lekarza, który nie mogąc zostawić sierot w getcie, poszedł razem z nimi do komory gazowej. Mówi o tym Mala, podkreślając niezwykły humanizm jego postawy.
– Być może zastanawiacie się, po co mówię o II wojnie i o tym, co spotkało zarówno moją rodzinę, jak i tysiące innych ofiar. To nie są łatwe, przyjemne tematy. Ale póki żyję, póty będę dawać świadectwo złu, które wydarzyło się w Europie. By już nigdy to zło nie narodziło się ponownie w ludzkich głowach.

Urodziła się w 1930 roku jako Mala Helfgott w Piotrkowie Trybunalskim. Jako dziewięcioletnie dziecko trafiła do pierwszego utworzonego przez nazistów na terenie Polski getta. Warunki w getcie były tak straszne, że rodzice postanowili wywieźć ją wraz z kuzynką, Idzią do Częstochowy, gdzie miały udawać dzieci chrześcijańskie w rodzinie Maciejewskich. Dzieci bardzo tęskniły za swoimi rodzicami, często musiały spędzać długie godziny schowane w szafie. Któregoś dnia postanowiono o rozdzieleniu kuzynek. Idzię oddano do innej rodziny i od tamtej pory ślad po niej zaginął. Nikt nigdy więcej jej nie widział. Tymczasem Mala wróciła do Piotrkowa, gdzie ukrywano ją na strychu młyna. Wkrótce po jej powrocie w getcie nastąpiły masowe łapanki. Podczas jednej z nich schwytano jej matkę wraz z siostrą. Wszystkich wywieziono do miejscowego lasu i rozstrzelano. Niedługo po tym Mala musiała zaopiekować się swoją pięcioletnią kuzynką, Anną, której matkę deportowano do obozu koncentracyjnego. Wraz z Anną trafiła najpierw do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, a po dziesięciu tygodniach w wagonach bydlęcych dzieci przewieziono do Bergen-Belsen. W tym samym czasie przebywała w tym obozie także czternastoletnia Anna Frank, autorka słynnego dziennika, której nie udało się przeżyć.
– Ogolono nam głowy i nie mogłyśmy się rozpoznać – mówi – Najbardziej pamiętam strach. Bałyśmy się psów, z którymi chodzili esesmani, bałam się ich wzroku. Wystarczyło, że któryś z nich popatrzył na ciebie dłużej niż dziesięć sekund, że zatrzymał na tobie wzrok a już to mogło oznaczać wyrok śmierci.

Udało się jej przetrwać obozowe piekło i razem z Anną doczekały wyzwolenia obozu.
– Pamiętam, że Brytyjczycy, którzy nas wyzwolili byli najmilszymi ludźmi, jakich w życiu spotkałam. To był szok po tych wszystkich latach upokorzeń, kiedy traktowano nas gorzej niż traktuje się zwierzęta. Uwolniono nas, ale koszmar trwał nadal. Na moich oczach widziałam, jak umierają byli więźniowe, którzy nie mogli powstrzymać się od jedzenia, które było teraz dostępne. Umierali w straszliwych cierpieniach, bo wygłodniałe żołądki nie wytrzymywały takiej zmiany. Miałam czternaście lat i wszystko to działo się na moich oczach.
Po wojnie wraz z grupą innych sierot trafiła do Szwecji, gdzie opiekowano się nimi prawie przez dwa lata. Nie spodziewając się, że ktokolwiek z jej rodziny przeżył wojnę, pewnego dnia otrzymała list od brata, który trafił do Anglii. To on sprowadził ją i pomógł ułożyć jej życie. Kuzynka Anna także przeżyła wojnę i ostatecznie osiedliła się w Australii.
Mala ma spore doświadczenie jako edukator Holocaustu. Przez lata odwiedzała szkoły brytyjskie, opowiadając dzieciom i młodzieży swoją historię, która jest bardzo okrutna. Jej opowieść została wzbogacona archiwalnymi zdjęciami, które były prezentowane na monitorze podczas wieczoru wspomnień.
W spotkaniu wzięło udział około sześćdziesięciu gości, z czego dużą część stanowiła młodzież. Jedna z osób przyjechała aż z Bristolu, by spotkać bohaterkę i osobiście opowiedzieć jej w skrócie o historii jej ojca. Pokazuje to, jak ważne są tego typu wydarzenia i chociaż bohaterowie często już nie żyją to pamięć o nich trwa nadal.
Młoda dziewczyna, która przyszła na spotkanie z Malą powiedziała mi, że było to dla niej bardzo ważne.
– Moja rodzina pochodzi z Polski, prawie wszyscy zginęli w lwowskim getcie, przeżyła tylko moja prababcia. Nigdy jej nie poznałam, ale to co spotkało naszą rodzinę było przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dlatego możliwość spotkania kogoś takiego jak Mala, posłuchanie jej i w ogóle usłyszenie jej głosu jest dla mnie tak, jakbym słuchała prababci.
Z Malą Tribich rozmawiałam po polsku. Mówi, że nieczęsto ma taką okazję. Doskonale pamięta nasz język i swobodnie się nim posługuje do dzisiaj. Opowiada mi o swojej przyjaźni z Lili Pohlmann, opowiada o Polsce, do której wybiera się w przyszłym tygodniu na obchody 80-tej rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz. Ma łzy w oczach, wszyscy je mamy.
I chociaż prelekcja była prowadzona w języku angielskim i słuchaczami byli Anglicy to jednak z rozmów okazało się, że zdecydowana większość zebranych miała polskie korzenie, a nawet polskie nazwiska.
Nie będę ukrywać, że ze spotkania, które skończyło się w nocy wyszłam głęboko poruszona.
Słuchając tego, co mówiła Mala Tribich, pomyślałam, że jakże nam Polakom żyjącym w Wielkiej Brytanii brakuje takich edukatorów naszej historii. Przydaliby się nie tylko podczas wizyt w polskich szkołach sobotnich, ale nawet w szkołach brytyjskich. Młodzież jest bardzo otwarta na historię, a żywi świadkowie historii są bezcenni. Brakuje nam takich edukatorów, którzy uczyliby najmłodsze pokolenia naszej polsko-brytyjskiej historii. A jest przecież o czym opowiadać. Szlak, który przebyli żołnierze gen. Andersa wraz z ludnością cywilną, która cudem została wyprowadzona z Syberii i dostała się do Wielkiej Brytanii to część naszej narodowej historii, o której nie wolno nam zapomnieć.
Małgorzata Mroczkowska

