Kultura , Wywiady

Fringe 2025: Fortepian, karty i Chopin – Igor Lipiński i jego „Piano Illusions”

Pianista i iluzjonista Igor Lipiński wraca na Edinburgh Festival Fringe z nową odsłoną autorskiego spektaklu „Piano Illusions”. W programie muzyka Chopina, Gershwina i Preissnera, efekty iluzji i osobiste historie, które łączą humor z emocjami.

To Twój drugi raz na Fringe w Edynburgu.
Tak, rok temu graliśmy cztery spektakle w trzecim tygodniu festiwalu. To był taki rekonesans. Przyjechaliśmy do Edynburga na tydzień. To, co zobaczyłem było niesamowite – z jednej strony wspaniała publiczność, ale i ogromna presja, żeby pokazać coś oryginalnego, z drugiej – nieskończona inspiracja. Zobaczyłem tu muzyków, iluzjonistów, teatr, stand-up – wszystko. To wciąga.

Wracasz z „Piano Illusions”. Czym zaskoczysz publiczność?
Program jest całkowicie nowy. Nieco inna historia, nowy repertuar, kilka nowych utworów i oczywiście nowe efekty iluzji. Nie chcę za dużo zdradzać – wolę pokazywać niż opowiadać. Skupiam się na iluzjach opartych na tzw. sleight of hand, czyli zręczności dłoni, nad którymi pracuję od lat. To są proste efekty w formie, ale bardzo trudne do wykonania. Trochę jak utwory fortepianowe. Będzie też dużo interakcji z publicznością.

Twój program łączy muzykę klasyczną i magię. Skąd w ogóle taki pomysł?
To pasja z dzieciństwa. Mój pradziadek, jeszcze kiedy mieszkałem w Tarnowie, nie był zawodowym magikiem, ale pokazywał dzieciom sztuczki – znikające monety, karciane triki. Po jego śmierci odziedziczyłem książkę o magii. Miałem wtedy sześć lat i to mnie bardzo wciągnęło. Nagrywałem Davida Copperfielda na VHS-ach i próbowałem zrozumieć każdy trik. Czytałem wszystko, co było dostępne – po polsku i potem po angielsku. Dzięki temu nauczyłem się języka. Później jeździłem na kongresy iluzjonistów, w pewnym momencie byłem najmłodszym członkiem Krajowego Klubu Iluzjonistów. Ale jednocześnie uczyłem się gry na fortepianie. I nie chciałem rezygnować ani z jednego, ani z drugiego. Mając 16 lat, pojechałem do Dubaju. To był taki festiwal letni. Zagrałem 60 koncertów, ale to nie były koncerty na fortepianie, tylko spektakle, występy magiczne. A jednocześnie dalej ćwiczyłem i marzyłem o tym, by zostać pianistą koncertowym.

Od kiedy grasz na fortepianie?
Zacząłem jako dziecko. Miałem może sześć, siedem lat, jeszcze przed pierwszą klasą. Brałem lekcje, bo widziałem, jak gra moja siostra. Początkowo to była raczej ciekawość niż pasja, ale około 11–12 roku życia wziąłem udział w konkursie pianistycznym i zostałem zauważony. To sprawiło, że kontynuowałem naukę w szkole muzycznej. Co ciekawe, mój pradziadek – ten od sztuczek – grał na akordeonie. Pamiętam, jak przywiózł nam kiedyś mały akordeon. Można powiedzieć, że dostałem od niego i muzykę, i magię.

Kim czujesz się bardziej – pianistą czy magikiem?
Zadaję sobie to pytanie cały czas. Zawodowo jestem profesorem fortepianu na Uniwersytecie w Oklahomie. Uczę studentów, to moja codzienna praca – i bardzo ją lubię. Ale ostatnio miałem tzw. sabbatical, czyli urlop twórczy, i wtedy mogłem skupić się wyłącznie na pokazach. Spędzałem całe dni z talią kart, przygotowując efekty do „Piano Illusions”. Teraz z kolei występuję z orkiestrą na festiwalu w Minnesocie, więc przez ostatnie tygodnie czułem się stuprocentowym pianistą – siedzę przy instrumencie po osiem godzin dziennie. I tak już mam. Nie chcę wybierać. Jedno i drugie mnie fascynuje, a dopiero razem tworzą całość.

Jak na Twoje występy reagują uczelniane władze, koledzy, studenci?
Świetnie. Widzą w tym coś nowego, świeżego. Już jako student po raz pierwszy połączyłem muzykę i magię w 2009 roku – to było zakończenie moich studiów. I od razu zobaczyłem, że taki program przyciąga ludzi. Zamiast typowego recitalu z utworami Bacha, Mozarta, Chopina w kolejności chronologicznej – coś zaskakującego, ludzkiego, emocjonalnego. Na uczelni widzą, że to działa. Publiczność przychodzi, studenci są zaciekawieni. Łączę te dwie dziedziny z dużym szacunkiem do muzyki. Ale dzięki temu mogę być bliżej widza.

Jakie utwory pojawią się na Fringe?
Będzie trochę Chopina, ale też Bach – gram fugę, a jednocześnie recytuję kolejność potasowanej wcześniej talii kart. Jest też aranżacja łącząca Rhapsody in Blue Gershwina z Bohemian Rhapsody zespołu Queen. Gram też muzykę filmową – Zbigniewa Preisnera z Podwójnego życia Weroniki i Justina Hurwitza z La La Land. Do tego tanga Piazzolli w duecie z Anną. To godzina muzyki i magii.

Właśnie. Jak wygląda Towja współpraca z żoną?
Gramy razem od lat – i tylko w tym programie, ale w różnych jego wersjach. Zaczynaliśmy od Debussy’ego, później Bizeta, Carmen, teraz Piazzolla. Anna pochodzi z Oklahomy, jest flecistką i nauczycielką. Założyła fundację, która finansuje darmowe lekcje muzyki dla lokalnych uczniów. Bardzo angażuje się w ten projekt. Jeździ ze mną na występy, wspólnie dopracowujemy każdy element. Dzięki temu, że oboje pracujemy w edukacji, mamy zbliżone grafiki i możemy działać razem.

Wyjechałeś z Polski jako osiemnastolatek. Jak wpłynęło to na Twoją drogę artystyczną?
Bardzo. Wyjechałem do Stanów, żeby zagrać rolę młodego Paderewskiego w sztuce reżyserowanej przez Kazimierza Brauna. Trafiłem do Buffalo, potem odwiedziłem Rochester i poznałem profesora z Eastman School of Music. Złożyłem podanie, zostałem przyjęty i tak zaczęła się moja amerykańska droga. Na początku wszystko było nowe i ekscytujące. Nie spodziewałem się, że tęsknota za domem będzie aż tak silna. To uczucie wróciło z czasem – i znalazło swoje miejsce w moim spektaklu. W jednym z numerów, który teraz nie jest już w programie, pokazuję list od mamy. Proszę widza, by go potrzymał. Opowiadam, że gdy czuję tęsknotę, gram Chopina. Proszę publiczność, by wybrała jeden z mazurków. Gram go z pamięci, ale okazuje się, że strona z nutami zniknęła. I wtedy mówię: może właśnie dlatego ten list dziś przyszedł. Widz otwiera kopertę – a tam brakująca strona z nut. To bardzo emocjonalny moment. Dla mnie – i dla tych, którzy też znają uczucie emigracyjnej tęsknoty.

Pracujesz już nad nowym programem?
Jeszcze nie. Skupiam się teraz na koncertach z orkiestrą – gram m.in. Ravela, Gershwina, Poulenca, a także trzecią część koncertu Grażyny Bacewicz. Pojawia się też japoński kompozytor Yoshimatsu. To duże wyzwanie – scena na prawie tysiąc osób. Wplatam też elementy magii. Zobaczymy, jak się to sprawdzi. Może będzie z tego coś więcej.

Czy planujesz występy w Polsce?
Bardzo bym chciał, ale nie grałem w Polsce od 15 lat. To wymaga współpracy – organizatora, który się zaangażuje i wypromuje występ. Ja nie mam kontaktów w Polsce, ale jestem otwarty. Jeśli ktoś się znajdzie, zagram z przyjemnością. Więcej informacji o mnie można znaleźć na stronie igorlipinski.com.

Rozmawiał Jacek Różalski

Igor Lipiński występuje z programem Piano Illusions podczas Edinburgh Festival Fringe 2025, w dniach 6–23 sierpnia w St Mark’s Unitarian Church (artSpace@StMarks).
🎟 Bilety: edfringe.com