Kultura , Komentarze i opinie

„Szalony Zielony Bez”: tamta Osiecka mnie inspiruje

Czy można zaskoczyć publiczność Osiecką? Czy można nie znać tekstów Agnieszki Osieckiej, a mimo to wzruszyć się do łez? Czy pokolenie, którego młodość rozkwita w erze komunikacji sieciowej, jest w stanie zrozumieć i oddać jej liryczny wymiar, nacechowany życiem w ponurej PRL-owskiej odwilży gomułkowskiej, pełnej kontrastów – a jednocześnie świecie, w którym mimo wszystko „rodzi się ptak”? „Szalony Zielony Bez” na deskach teatru POSK oczarował widzów!

Szalony Zielony Bez

Wieczór, który pachniał bzem i poezją

Sobotni, kwietniowy wieczór w Polskim Ośrodku Społeczno-Kulturalnym w Londynie był równie eteryczny i zachwycający jak tytułowy bez. I nie chodzi o żadną sceniczną sztuczkę, ale o atmosferę, która otulała wypełnioną po brzegi salę jak wiosenny szal – ciepła, trochę melancholijna, okraszona dobrym żartem, a przy tym szalenie liryczna. 

Wszystko za sprawą premiery spektaklu „Szalony Zielony Bez” – artystycznej, pełnej humoru muzycznej uczty, która miała miejsce na deskach teatru POSK w sobotę 12 kwietnia. Spektakl przygotowała grupa Other Space Productions – zespół młodych artystów z Polski, na co dzień mieszkających w Londynie. Reżyserem przedstawienia był występujący w nim aktor i reżyser Mateusz Mirek (absolwent PWST oraz The Royal Central School of Speech and Drama). W skład śpiewającego, tańczącego i grającego aktorskiego trio wchodzili również: Elwira Rejnowicz (aktorka i wokalistka; London School of Musical Theatre) oraz Michał Nowak (PWST Kraków). Na pianinie akompaniował im Jan Tabęcki (student Guildhall School of Music and Drama), a kierownikiem produkcji była Susan Brooke.

Miłość, podróż i papierowe samoloty

„Szalony Zielony Bez” to opowieść o młodej kobiecie z Saskiej Kępy, szukającej wolności i spełnienia marzeń. W tym celu wyrusza w niezwykłą podróż w nieznane. „Szara, lecz pełna dowcipu rzeczywistość Polski lat 70., w której znane melodie przeplatają się z fragmentami książek”. Spektakl inspirowany był życiem i twórczością Agnieszki Osieckiej – której teksty i melodie poruszają pokolenia Polaków – i jak mogliśmy dostrzec na widowni – nie tylko. Oprócz szlagierowych piosenek fabuła zawierała również fragmenty dzienników poetki, wywiadów oraz anegdot zaczerpniętych z książki „Szpetni Czterdziestoletni”. Dla anglojęzycznych gości przygotowano ekran z napisami.

Był to pierwszy występ trio w teatrze POSK-u, ale nie pierwszy na scenie. Wszechstronność talentów i profesjonalizm przedsięwzięcia był widoczny od pierwszych minut. Reżyser ożywił Agnieszkę, pozwalając jej mówić własnym głosem wplecionym w scenariusz. Nie bał się również użyć różnorodnej gatunkowo twórczości poetki i nadać jej własnych, rytmicznych i ekspresyjnych aranżacji. Oszczędna scenografia rysowała widzom tło życia Osieckiej. Walizka, parasol, listy – które po napisaniu leciały zwinięte w papierowy samolocik w drogę do adresata, zamorskiego odbiorcy. Wątek amerykański z życia Agnieszki i bycie w podróży, młodzieńcza naiwność, gdzie „wystarczą pieniądze na bilet”, by się znaleźć „u raju bram” – przewijają się przez cały spektakl. 

Spektakl, który tkał emocje

Nie było czasu na nudę czy zbyt długie popadanie w zadumę. Aktorzy nieustannie zmieniali nam kurs na spektrum emocji – niewypowiedzianie wybraliśmy się z nimi w podróż przez rozterki autorki i jej poczucie humoru. Agnieszka Osiecka jest znana i kojarzona głównie jako autorka piosenek o (nieszczęśliwej) miłości. Wątek miłosny niezaprzeczalnie stanowił ważny motyw jej twórczości. Pojawił się zatem liryczny „pierwszy bal”, w ich wersji odczarowany i w humorystyczny sposób odarty nieco z literackiej pompy fragmentami pamiętników Agnieszki – sceny przypominające porównania w stylu Instagram vs Rzeczywistość. 

Zrozumienie głębokich, dojrzałych tekstów wzmocnione dopracowanym wokalem obrazowała absolutna cisza na widowni. Publiczności towarzyszyła zaduma, zachwyt nad treścią i formą przekazu, która nastepnie zamieniła się w salwy śmiechu z dynamicznych kabaretowych interpretacji utworów, pełnych przekory, dystansu, ironii. Wszyscy aktorzy wykazywali się niesamowitą spójnością odgrywanych ról, za co niejednokrotnie zbierali gromkie brawa. Wszelkie niedoskonałości czy wpadki przykrywał, albo raczej zagrywał pianista, który świetnie czytał nie tylko nuty, ale i energię sceniczną. 

Atmosfera była niczym kwietniowa pogoda – od gradu filozoficznych przemyśleń i rozbudzonych sentymentów, po śmiech w głos. Po owacjach na stojąco – długich, zasłużonych – nikt nie wychodził od razu. Widzowie zostali jeszcze chwilę, jakby nie wypadało zbyt szybko opuszczać uczty. Po zakończonym spektaklu i krótkiej przerwie aktorzy zostali w sali teatru, by porozmawiać z publicznością o poezji Osieckiej. Na pytanie do widowni o ulubiony fragment wiersza, tylko przez chwilę zapanowała niezręczna cisza, która ostatecznie przerodziła się w lekko freestylową „bitwę na teksty”, a zakończyła wspólnym śpiewaniem szlagierowej „Małgośki”.

Poezja spotyka kabaret – publiczność w zachwycie  

To trio kupiło serca publiczności pierwszymi taktami. Ich energia na scenie, zgranie, interakcje z widownią, efemeryczne wykonania wokalne, zabawna choreografia i dojrzała praca z tekstem przynosiły wiosenną burzę emocji, jakiej nie powstydziłaby się sama Osiecka. Ona przecież lubiła nieszablonowość, przeplatane formy. Pisała teksty lekkie, uchodzące dziś za biesiadne, na przemian z miłosną prozą w dziennikach czy zabawą słowem w kabaretach. Piosenki Osieckiej były już wielokrotnie zagrane na scenie – ostatnie interpretacje Sanah „Kochałam Pana” czy płyta „Osiecka po Męsku” Marcina Januszkiewicza wysoko postawiły poprzeczkę. Należę do frakcji przywiązanej do oryginalnych utworów, ale lubię dać się zaskoczyć – cieszę się, że nastawiłam się pozytywnie. Nasza relacja z wydarzenia w social mediach przyniosła falę komentarzy, w których dominowały zachwyty i podziękowania. I ja „nie żałuję, naprawdę Wam dziękuję”. 

Maria Budzisiak

photo: Richard Thompson; Maria Budzisiak