Artykuły , Felietony

Szperanie w „Dziennikowej” przeszłości – felieton Katarzyny Bzowskiej

Autorka artykułu: Katarzyna Bzowska

Potrzebowałam jednego z artykułów z „Dziennika Polskiego” z czasów wojennych. Perspektywa jazdy metrem do POSK-owej biblioteki w upalny dzień zniechęcała mnie skutecznie – odkładałam tę wyprawę z dnia na dzień. Aż nagle przyszło olśnienie: przecież na portalu „MyPolska.UK” znajduje się archiwum gazety. Znałam dokładną datę i numer potrzebnego wydania, więc szybko dotarłam do poszukiwanego tekstu. Archiwum okazało się dobrze opracowane, przejrzyste i łatwe w obsłudze. Co prawda do samego portalu mam kilka zastrzeżeń, ale to temat na osobny felieton.

Przeczytałam interesujący mnie artykuł… i przepadłam. Spędziłam kilka godzin, przeglądając kolejne numery „Dziennika”, który po raz pierwszy ukazał się 85 lat temu, w lipcu 1940 roku. Oczywiście nie był to mój pierwszy kontakt ze starymi wydaniami. Przeglądałam je wcześniej z konieczności, bo nigdy jednak nie darzyłam sympatią oprawionych tomów „Dziennika”, choć pięknie prezentują się na bibliotecznych półkach. Są ciężkie, nieporęczne, niezręczne w użytkowaniu. Tymczasem możliwość przeglądania starych gazet w domowym zaciszu, na ekranie komputera, to zupełnie inna jakość – przyjemność niemal luksusowa, choć nie zastąpi dotyku papieru i delikatnego zapachu drukarskiej farby.

„Dziennik” miał kiedyś opinię nudnej urzędówki. Może tak odbierali go ówcześni czytelnicy. Dla mnie, dziś, to lektura fascynująca, miejscami zaskakująco aktualna. Weźmy choćby artykuł Marcelego Karczewskiego, ówczesnego redaktora naczelnego, poświęcony książce Mieczysława Szerera „Naród w parlamencie” („Dziennik Polski”, nr 466 z 15 stycznia 1942). Karczewski rozważa w nim, czy brytyjskie instytucje życia publicznego dałoby się przenieść na inny grunt. Dochodzi do wniosku, że po pewnym czasie straciłyby swoją istotę – to, co stanowi o wyjątkowości brytyjskiego systemu. I odwrotnie – importowanie instytucji politycznych z innych krajów do Wielkiej Brytanii także nie przyniosłoby oczekiwanych rezultatów.

Pisze: „Można powiedzieć, że gdyby społeczeństwo brytyjskie zostało nagle obdarzone księgą złych praw, harmonia brytyjskiego życia nie uległaby większym zmianom. Czar złej księgi prysłby rychło pod naporem życia. Wyprostowałoby ono, przemieniło złe instytucje”.

Karczewski stawia dalej pytanie, czy brytyjski system mógłby znaleźć zastosowanie na gruncie polskim. Odpowiada: tak, ale należałoby zacząć od budowania społeczeństwa obywatelskiego. I nie chodzi mu o kolejną lekcję w szkole, lecz o fundament brytyjskiej obywatelskości: system lokalnych wspólnot, klubów, stowarzyszeń, towarzystw i korporacji. To właśnie tam, jego zdaniem, kształtuje się postawa obywatelska. Szerer – dodaje Karczewski – przedstawia „wiele recept, które bez żadnych dodatkowych zabiegów mogą być przeniesione na teren naszego życia z niewątpliwym dla niego pożytkiem”, zwłaszcza jeśli chodzi o funkcjonowanie parlamentu i rządu.

Dziś, po tylu dekadach, refleksje te pozostają zaskakująco aktualne. Sama natychmiast przeniosłabym z Westminsteru do Warszawy choćby kwestię immunitetu parlamentarnego. Brytyjski poseł objęty jest ochroną wyłącznie na terenie Pałacu Westminsterskiego. Może tam mówić, co chce (choć i tu obowiązują określone zasady, a ich złamanie grozi wykluczeniem z obrad). Poza murami parlamentu obowiązuje go to samo prawo, co każdego obywatela. Żadnych osłon, żadnych barier prawnych przy pociąganiu do odpowiedzialności. Tymczasem w Polsce konieczność uchylania immunitetu paraliżuje często całe postępowania. W warunkach brytyjskich Grzegorz Braun już dawno stanąłby przed sądem za swoje publiczne ekscesy.

Pół roku po omówieniu książki Szerera Karczewski opublikował polemikę z tekstem, który ukazał się na łamach endeckiej „Myśli Polskiej”. Artykuł oskarżał pisarzy o to, że „zbyt zapatrzeni w siebie, a nie w bieg życia, nie przewidzieli nadchodzącej katastrofy ani nie potrafili jej zapobiec” („Dziennik Polski”, nr 610 z 6 lipca 1942). Karczewski z przekąsem stwierdza, że nie wyobraża sobie powojennej konferencji, na której Niemcy będą głosić: „To nie my jesteśmy winni wojnie, ale literaci. Nie Hitler i Stalin, ale Tuwim i Słonimski”.

Jednocześnie postuluje ostrożność w ustalaniu odpowiedzialności – należy to czynić tak, by nie rozmywać winy „tych jednostek, grup społecznych i narodowych, które nie potrafiły rozładować wysokiego napięcia złej woli Niemiec, bądź też nie potrafiły przeciwstawić mu odpowiednio silnego kontrnapięcia”. Odpowiedzialność literatów i dziennikarzy uznaje za pozorną: „To waga piórkowa”, pisze, a „o zasadniczych decyzjach politycznych decydują ludzie wagi ciężkiej”. Apeluje jednocześnie, by po wojnie odejść od „autarkicznego zasklepienia się w ramach własnego zaścianka”.

Polszczyzna Karczewskiego może dziś razić archaizmem, ale sam problem pozostaje aktualny – tylko że dziś należałoby mówić o złej woli Rosji, o odpowiedzialności Putina i jego otoczenia.

Po fuzji „Dziennika Polskiego” ze szkockim „Dziennikiem Żołnierza” Karczewski odszedł ze stanowiska naczelnego, a zastąpił go Szerer. Nie był dziennikarzem, lecz prawnikiem i politykiem, członkiem Rady Narodowej działającej w czasie wojny w Londynie, emigracyjnego substytutu parlamentu. Jego redaktorska przygoda trwała zaledwie dziesięć miesięcy.

Losy Szerera i Karczewskiego rozeszły się definitywnie, gdy po wojnie Szerer wrócił do Polski – został sędzią Sądu Najwyższego i przedstawicielem Polski w Komisji Narodów Zjednoczonych ds. Zbrodni Wojennych. W 1956 roku, podczas odwilży, wszedł w skład tzw. Komisji Mazura, mającej zbadać przypadki łamania prawa przez wojskowy wymiar sprawiedliwości. Ostatecznie opuścił komisję, nie zgadzając się z jej końcowymi ustaleniami. W odrębnym raporcie usprawiedliwiał częściowo sędziów okresu stalinowskiego, twierdząc, że działali pod presją aparatu bezpieczeństwa, i opowiadał się przeciwko pociąganiu ich do odpowiedzialności karnej. Bronił niezawisłości sądowniczej – zasady, którą przez całe życie uznawał za nienaruszalny fundament dobrze pojętego konstytucyjnego państwa prawa. Paradoksalnie, nie tylko nic z brytyjskiego systemu do Polski nie przeniósł, ale uznał system stalinowski za formę normalnego państwa prawa.

A Marceli Karczewski? Został dyrektorem jednej z angielskich drukarni, która w pewnym momencie odegrała istotną rolę w historii „Dziennika”. Ale to już zupełnie inna opowieść.