The Black Devils Tour 2025
Naszą misją jest edukacja. Rekonstrukcja historyczna nie ogranicza się, wbrew pozorom, do ubierania epokowych mundurów. Najważniejszym aspektem pozostaje niezaprzeczalnie wiedza, zarówno teoretyczna, jak i praktyczna.
O czerwcowej wyprawie Living History Group „First to Fight” opowiada Przemysław Świderek w rozmowie z Jarosławem Koźmińskim

Panie Przemysławie, właśnie wróciliście z niezwykłej podróży śladami Batalionu Strzelców Podhalańskich. Skąd pomysł na taką wyprawę i co kryje się za tą nazwą?
– Pomysł dojrzewał w nas od dawna. Jako grupa rekonstrukcyjna „First to Fight” staramy się nie tylko odtwarzać mundury i wyposażenie, ale przede wszystkim zrozumieć żołnierzy, których historię opowiadamy. Batalion Strzelców Podhalańskich, który działał w ramach 3. Brygady Strzelców 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka, to formacja z bogatym dorobkiem bojowym i ogromnym hartem ducha. Kanadyjczycy nadali tej Dywizji przydomek „Czarne Diabły” – i to nie bez powodu. Ich waleczność była legendarna. Chcieliśmy więc uhonorować tych żołnierzy i przybliżyć ich szlak bojowy. A żeby to zrobić rzetelnie, musieliśmy stanąć tam, gdzie oni stali, przejść ich trasę i zobaczyć to, co oni widzieli.
Rekonstrukcja historyczna często kojarzy się z samym odgrywaniem bitew czy paradami w strojach z epoki. Tymczasem to tylko wierzchołek góry lodowej…
– Naszą misją jest edukacja. Odtwórstwo historyczne nie ogranicza się, wbrew pozorom, do ubierania epokowych mundurów. Najważniejszym aspektem pozostaje niezaprzeczalnie wiedza, zarówno teoretyczna, jak i praktyczna. Gdy chcemy poznać specyfikę odtwarzanej formacji, poza studiowaniem dokumentów, książek i map, musimy również poznać teren walk, odległości oraz całość uwarunkowań geograficznych, aby uzyskać lepszy obraz warunków, w których walczyli odtwarzani przez nas żołnierze.
Z tego powodu zdecydowaliśmy się na trzydniowy wyjazd, podczas którego moglibyśmy dowiedzieć się więcej. Drugim powodem, niezaprzeczalnie, była chęć oddania szacunku poległym. Po czteromiesięcznym okresie przygotowań wyruszyliśmy śladami 4. Kompanii 3. Batalionu Strzelców Podhalańskich.
Podróż rozpoczęliście z Portsmouth. Czy to była decyzja symboliczna?
– Jak najbardziej. Wypłynęliśmy promem z Portsmouth 5 czerwca – dokładnie w przeddzień rocznicy lądowania aliantów w Normandii. Chcieliśmy zobaczyć widok francuskiego wybrzeża 81 lat po lądowaniu aliantów w Normandii, z perspektywy tych, którzy tam walczyli podczas słynnego „D-Day” 6 czerwca 1944 roku.
Piątkowy poranek przywitał nas widokiem piaszczystych plaż, miejsc krwawych walk i największego morskiego desantu podczas drugiej wojny światowej. Widok plaż z pokładu statku robi ogromne wrażenie. To nie jest już tylko fotografia w podręczniku. To konkretne miejsce, konkretna przestrzeń. Człowiek zaczyna lepiej rozumieć strach, napięcie i determinację, jakie towarzyszyły żołnierzom.

Jak wyglądał przebieg wyprawy?
– W ciągu trzech dni odwiedziliśmy ponad dwadzieścia miejsc związanych z Batalionem Strzelców Podhalańskich. Zaczęliśmy od Saint-Sylvain – pierwszego miejsca ich starcia bojowego. Następnie odwiedziliśmy polski cmentarz wojenny w Grainville-Langannerie, gdzie pochowano 696 polskich żołnierzy, głównie z 1. Dywizji Pancernej. Starannie zadbany przez władze francuskie cmentarz wywiera ogromne wrażenie na wszystkich odwiedzających. Z cmentarza wyruszyliśmy do Jort, skąd udaliśmy się na słynną Maczugę.
Wzgórze Mont Ormel było świadkiem brawurowej akcji domykania kotła pod Falaise przez polskich żołnierzy. Jak to celnie określił podczas wojny marszałek Bernard Montgomery: „Pod Falaise Niemcy byli zamknięci jak w butelce, a wy byliście korkiem do tej butelki”.
Zwiedziliśmy wszystkie okoliczne punkty obrony, odwiedziliśmy pomnik oraz pomnik generała Stanisława Maczka, aby wyruszyć w dalszą podróż do Abbeville. W tej miejscowości Batalion otrzymał zadanie przeprawy przez kanał wodny 2 września 1944 roku. Obecnie, poza tablicą pamiątkową znajdującą się na Route des Polonais, zobaczyliśmy również oddany do użytku zaledwie trzy lata temu mural generała Maczka. Warto odnotować, że miejscowość ta jest ważna dla naszej historii z innego powodu. To właśnie tutaj 12 września 1939 roku, podczas konferencji Francusko-Brytyjskiej Najwyższej Rady Wojennej, zdecydowano o wstrzymaniu dostaw materiałowych do walczącej Polski.
Które z odwiedzonych miejsc wywarło na Panu największe wrażenie?
– Trudno wybrać jedno… Po przekroczeniu granicy francuskiej odwiedziliśmy pierwszy punkt w Belgii – miejsce nieudanego forsowania kanału Gandawa-Bruges. Po odwiedzeniu pomnika 1. Dywizji Pancernej w Roeselare udaliśmy się do Tielt. Trzy lata temu mieliśmy zaszczyt ufundować tablicę nagrobną dla żołnierza 8. Batalionu Strzelców, porucznika Adama Franciszka Marcinkiewicza. Właśnie tutaj, podczas oczyszczania miasta z nieprzyjaciela, porucznik Marcinkiewicz stracił rękę, lecz mimo ran kontynuował atak na pozycje niemieckie. Za ten wyczyn otrzymał od Brytyjczyków Military Cross. Po wojnie pozostał na emigracji w Wielkiej Brytanii. Zmarł w samotności 9 lutego 1994 roku. Pochowany bezimiennie na kwaterze wojennej cmentarza w Newark, dzięki naszym staraniom, otrzymał płytę nagrobną. Przechadzając się po tym ślicznym belgijskim miasteczku, wspominaliśmy jego heroiczną życiową historię.
Zapamiętam też wizytę w Lommel. Jest to główny polski cmentarz wojenny na terenie Belgii. Wybraliśmy ten cmentarz, aby uhonorować żołnierzy Batalionu Strzelców Podhalańskich mszą świętą celebrowaną przez kapelana grupy, księdza Rafała Jarosławskiego. Członkowie grupy odczytali nazwiska wszystkich poległych żołnierzy Batalionu podczas kampanii 1944–1945 roku. Najczęściej podczas różnego rodzaju uroczystości rocznicowych pomija się indywidualnych żołnierzy, wspomina się o Dywizji jako całości lub co najwyżej poszczególnych oddziałach. Zależało nam, aby przypomnieć imiona i nazwiska każdego z poległych. W polowych warunkach, organizując mszę świętą, nie wzięliśmy pod uwagę warunków atmosferycznych. Gdy przyszło do odczytania listy, zaczął padać deszcz. Ciężka ulewa nie zatrzymała nas jednak. Wszyscy zostali wspomnieni. Przy ostatnich nazwiskach wróciło słońce. Ksiądz Jarosławski dokończył liturgię i wyjaśnił nam, że Duch Święty często objawia się pod postacią deszczu. Nie wiemy, czy był to Duch Święty, czy zbieg okoliczności, niemniej jednak sytuacja wywarła na każdym bardzo duże wrażenie.
Odwiedziliście też mniej znane miejsca, jak choćby Alphense Dijk czy Zondereigen…
– Tak, to miejsca może mniej rozpoznawalne, ale nie mniej ważne. W Zondereigen wczesnym rankiem 2 października 1944 roku Niemcy przeprowadzili bardzo nietypowy kontratak, wykorzystując… stado krów jako kamuflaż. Absurdalne, ale prawdziwe. Polacy nie dali się jednak zmylić i odparli atak. Z kolei Alphense Dijk to miejsce bardzo trudnej przeprawy. Każdy z tych epizodów pokazuje, że żołnierze musieli nie tylko wykazać się odwagą, ale i ogromną elastycznością. Nie było dwóch takich samych dni, nie było rutyny.
A moment najbardziej osobisty?
– Niedzielę 8 czerwca rozpoczęliśmy zwiedzanie od kanału Mark, miejsca forsowania i utworzenia przyczółku na początku listopada 1944 roku. W Bredzie odwiedziliśmy cmentarze wojskowe, miejsca walk Batalionu oraz pomnik „Pantera”. Mieliśmy możliwość zwiedzenia muzeum imienia generała Stanisława Maczka, w którym znaleźliśmy bardzo szczególny dla nas artefakt. Nie wiedzieliśmy, że będzie nam dane zobaczyć mundur kapitana Stanisława Tkacza, który w stopniu porucznika dowodził kompanią, którą my jako rekonstruktorzy odtwarzamy. Gdy przez wiele lat czyta się o danym człowieku, ogląda jego zdjęcia, siłą rzeczy wytwarza się emocjonalna więź. Zobaczenie przedmiotu, który łączy przeszłość z teraźniejszością, jeszcze bardziej uczłowiecza historię i motywuje do dalszego działania.
Co, Pańskim zdaniem, daje Wam – rekonstruktorom – taka wyprawa?
– W ciągu trzech dni udało się nam odwiedzić wszystkie miejsca bitew i potyczek Batalionu Strzelców Podhalańskich z 1944 roku. Mamy nadzieję, że w przyszłości dokończymy szlak wojenny aż do Wilhelmshaven. Niezaprzeczalnie, wyjazd przyczyni się do lepszego zrozumienia źródeł historycznych, na których bazujemy.
To nie jest już tylko wiedza z książek – to przeżycie. Teraz, kiedy wracamy do dokumentów, patrzymy na nie z innej perspektywy. Znamy teren, widzieliśmy te rzeki, lasy, kanały. Wiemy, co znaczyło forsowanie ich pod ostrzałem. Wiemy, ile kosztowało przejście tych kilometrów. Do tego uświadomiliśmy sobie ogromną rolę służb materiałowych, saperów, logistyków. To była precyzyjna maszyna, ale za każdą jej częścią stał człowiek. I my staramy się, by o tych ludziach nie zapomniano.


Co dalej? Planujecie kontynuację?
– Zdecydowanie tak. Udało się nam odwiedzić wszystkie miejsca walk z 1944 roku. Kolejnym krokiem będzie odtworzenie szlaku do Wilhelmshaven – tam, gdzie Dywizja zakończyła swój marsz. To będzie domknięcie opowieści. Ale też – kolejna lekcja historii. Bo historia to nie tylko przeszłość. To także to, jak ją rozumiemy dziś.
Dziękuję za rozmowę i za to, co robicie dla pamięci o naszych żołnierzach.
– Dziękuję. Dla nas to zaszczyt i obowiązek. A my dziękujemy za możliwość przypomnienia tych bohaterów. Jak mówił generał Maczek: „Żołnierz polski walczy o wolność wszystkich narodów, ale umiera tylko dla Polski”.

