Zabójstwo na Ealingu. Czy w sprawie Domiceli Skiery są nowe informacje?
Autor artykułu: Jarosław Koźmiński
Tę historię opisaliśmy w „Dzienniku” w roku 2003; pół roku później sprawę pokazała polska telewizja w popularnym programie „997” (a równolegle BBC Crimewatch) i temat znany stał się milionom widzów. Czy ktoś z Czytelników „MyPolska.UK” pamięta Domicelę Skierę? Czy w tej sprawie są jakieś nowe informacje?

***
W środę, 29 stycznia 2003, w brutalny sposób zamordowano 85-letnią Polkę – Domicelę Skierę. Pani Skiera mieszkała na South Ealing, przy ulicy Ranelagh, w domu, którego pokoje podnajmowała przyjezdnym z kraju Polakom.
Tego feralnego dnia dwaj mężczyźni, dzielący wspólnie pokój, byli poza domem od wczesnych godzin rannych. Kiedy około godziny 21:50 wrócili do domu, na podłodze w salonie znaleźli ciało właścicielki domu. Obaj wybiegli z alarmem do sąsiada i – nie umiejąc się z nim porozumieć po angielsku – sprowadzili go na miejsce zdarzenia. Sąsiad z miejsca zadzwonił po ambulans i powiadomił policję.
Lekarz stwierdził zgon Domiceli Skiery, wskazując na liczne obrażenia głowy jako przyczynę śmierci – co potwierdziła sekcja zwłok przeprowadzona w Ealing Hospital. Denatka miała zmiażdżone kości policzkowe i złamaną szczękę.
O trzecim lokatorze od środy, 29 stycznia, słuch zaginął. Policja rozpoczęła poszukiwania tego mężczyzny, aby ustalić, czy miał jakikolwiek związek z wydarzeniem.
Osobnik ów przedstawiał się jako Arek lub Artur Kowalski. Miał około 40 lat, był szczupłej budowy ciała, miał ciemne włosy, nosił ciemne wąsy. Prawdopodobnie pracował na jednej z budów na Ealingu. Ostatnio widziany był w niebieskiej ocieplanej kurtce typu bezrękawnik.
Policja zaapelowała o kontakt wszystkie osoby, które zamieszkiwały u Domiceli Skiery od stycznia 2000 r., i to zarówno w domu przy ulicy Ranelagh, jak i w drugiej posesji, której była właścicielką – przy 10 Richmond Road.
Policja apelowała o informacje od osób mieszkających pod podanymi adresami bądź będących z nimi w kontakcie – wszelkie spostrzeżenia dotyczące lokatorów tych lokali, jak i opisywanego portretem pamięciowym mężczyzny, mogły być użyteczne w tej sprawie. W tej sprawie zapewniono pełną anonimowość (Crimestoppers: tel. 0800 555 111), można było także porozumiewać się po polsku, dzwoniąc bezpośrednio do współpracującej z policją polskiej tłumaczki.


***
Kiedy pytałem wówczas w „polskich miejscach” na Ealingu o Domicelę Skierę, wszyscy mieli coś do powiedzenia. Pani Skiera mieszkała na South Ealing od lat i na stałe wpisała się w pejzaż tej dzielnicy. Ludzie pamiętali jej niską postać obarczoną nieodłącznymi torbami, podążającą wolno w kierunku kościoła.
– Była jak każdy z nas – opowiadał zagadnięty przed apteką szpakowaty mężczyzna. – Ale nie utrzymywała kontaktów z wieloma ludźmi, nie w ostatnich latach przynajmniej. Tak mi się wydaje. Wie pan, na stare lata człowiek chce być sam, trochę dziwaczeje, staje się odludkiem. Sam widzę to po sobie.
– Ale ją ludzie pamiętali – wtrąciła się do rozmowy stojąca obok starsza kobieta w szarym kapeluszu. – Człowiek nawet jak jest sam, to zawsze ma przyjaciół, jakieś życzliwe dusze. Nawet jeśli nie ma ich koło siebie na co dzień. Widział pan te kwiaty, co je przez długi czas ktoś wkładał w furtkę do jej domu? – dodała.
Kwiaty. Faktycznie jeszcze długo po tragedii przypominały o niej sąsiadom i przypadkowym przechodniom przemierzającym ulicę Ranelagh. Ludzie na chwilę zatrzymywali się przed furtką i spoglądali w stronę domu pani Skiery. Z zabitymi głucho drzwiami i otworami okien wyglądał posępnie.
Sam dom nie wyróżniał się w okolicy. Dość duży, na dole kilka pokoi, podobnie na piętrze, za domem ogród, z przodu też trochę zieleni – jak w większości posesji na tej ulicy.
Rozmawiałem wówczas z jednym z ostatnich lokatorów Domiceli Skiery. Mężczyzna przyjeżdżał do Anglii od trzech lat. Pracował kilka letnich miesięcy i wracał do rodziny. Wcześniej przez pięć lat jeździł do Niemiec. Tam zbyt wielu rodaków, trudniej o pracę – więc przyjechał do Londynu…
– Poznałem tę panią zupełnie przypadkowo – mówił. – Szukałem mieszkania i znalazłem to ogłoszenie na Ealing Broadway, na tablicy w sklepie z gazetami. To była zima. Trzy zimy wstecz. Całą tamtą zimę u niej przemieszkałem, wiosną się wyprowadziłem…
Mój rozmówca przedstawiał się jako elektryk. Ostatnio pracował w firmie zajmującej się naprawą sygnalizacji świetlnej i oświetlenia ulicznego w Lublinie. Stracił pracę w ramach redukcji zatrudnienia.
– Ja nie wiem, od kiedy ta pani wynajmowała ludziom pokoje, ale wydaje mi się, że od dawna, więc przez dom przewijały się dziesiątki ludzi – takich jak ja. Ale wszyscy raczej szybko znajdowali sobie coś innego, bo warunki były tam koszmarne – opowiadał.
– Ile osób w tym domu mieszkało? – zapytałem.
– Nigdy nie więcej niż trzy osoby naraz; od czasu do czasu trafiała się jakaś para, ale ona wolała chłopaków – wiadomo – są mniej wymagający, mniej dbają o siebie, o warunki… – dopowiadał elektryk. – W lecie, jak ciepło, można było wytrzymać, ale w zimie – nie daj Boże. Skoro ja musiałem się tam zatrzymać, to musiałem, ale na krótko – zaraz szukałem czegoś lepszego, normalniejszego – tłumaczy.
Mój rozmówca miał za sobą czternaście lat pracy, ale – jak mówił – nie dorobił się własnego kąta w Polsce. Żonaty, dwoje dzieci. Żona kelnerka, obecnie bez pracy. Córka 12 lat, syn cztery. Jego zdaniem, w Polsce wszystko schodzi na gorsze. Tutaj, w Anglii, było o wiele lepiej, nawet jak się tylko kilka miesięcy popracuje. Nawet w najgorszym miejscu. Pieniądze wysyłał do Polski. Dzieci i żona miały z czego żyć. Ale że ciężko, więc raz po raz przyjeżdżał za chlebem…
Elektryk z Lublina ciągnął swój opis:
– Pierwszej zimy, jak w tamtym domu mieszkałem, to ona grzała, tak od szóstej po południu do ósmej, nie dłużej. Ot, żeby pokoje złapały temperaturę… Ale tej zimy nie grzała wcale. Twierdziła, że się zepsuł regulator. Ja w to nie wierzę, ona po prostu w ten sposób oszczędzała. Chciała za pokój sześćdziesiąt funtów, ale stanęło na pięćdziesięciu. Już po starej znajomości, bo podczas tych moich pobytów (choć mieszkałem gdzie indziej) to odwiedzałem ją od czasu do czasu. Była niesamowicie… jak by to powiedzieć grzecznie… była oszczędna, oszczędna do granic możliwości.
Chociaż teraz, jak przyjechałem i szedłem do niej mieszkać, to po starej znajomości zaprosiła na poczęstunek, postawiła na stół likier – co jak na nią było niezwykłe – sama trochę wypiła, porozmawialiśmy…
Czy była sympatyczna? Ja ogólnie lubię ludzi… Kiedyś zapytała mnie, ile, moim zdaniem, ona ma lat… Ja z grzeczności mówię, że jakieś sześćdziesiąt. – Taaak? Aż tak staro wyglądam? – usłyszałem jej zagrane oburzenie.
Była niesamowicie oszczędna… prawdziwie byłoby powiedzieć, że była sknerą – ale z drugiej strony w pewnym wieku to już nie jest wada. To nie zły charakter. To sprawa wieku i jego różnych dziwactw.
Z tego, co wiem, to miała więcej niż ten dom – podobno jakiś flat jeszcze wynajmowała czy dom, jakiemuś małżeństwu z dzieckiem, ktoś mówił, że jej nie płacili… nie wiem. Po co takiemu człowiekowi takie życie…, przecież miała jakąś rodzinę we Wrocławiu (wiem, bo wysyłałem jej kiedyś list). A żyła raczej samotnie… – kończył wątek lokator Domiceli Skiery.
Mój rozmówca sprawiał wrażenie bardzo skromnego, prostego, dobrze ułożonego człowieka. Był spokojny, zrównoważony. Z troską mówił o rodzinie. Widać jednak było na jego twarzy zmęczenie sytuacją i stres. Niepokoił się o dzieci, które tak rzadko widują ojca. Dziewczynka chodziła już do szkoły, synek miał dopiero cztery lata. Kiedy mówił o żonie i dzieciach, ożywiał się. Wracamy na Ealing, do pani Domiceli:
– Kiedy nie mieszkałem u niej, była raczej grzeczna. Ja czasem ją odwiedzałem. Ale jak przyjeżdżałem i się wprowadzałem, to stosunki były bardzo chłodne. Na dystans. I te uciążliwości: żeby się nie kąpać częściej niż raz w tygodniu, nie prać… Nie wiem… Zimą było strasznie trudno wytrzymać, więc sobie ludzie dogrzewali. Jak tej nieszczęsnej zimy mieszkałem, to byli jeszcze jakieś dwa chłopaki, gdzieś z Mazur. Oni mieli taką małą grzałkę i przed pójściem spać dogrzewali pokój. Ja też kupiłem więc malutki ogrzewacz, bo zimno było strasznie. Szyby w szronie… Ile można spać w ubraniu i czapce?! A ona chyba całymi dniami stała przy liczniku. I zaraz pierwszej nocy, jak tylko pierwszy raz włączyłem grzałkę – myślałem, że ona śpi, bo było po jedenastej – wpadła do pokoju zdenerwowana, że licznik jak szalony lata, żeby wyłączyć, choć mróz trzaskał… Nie było kłótni, ja spokojny jestem, ale poczułem się dotknięty, obrażony. Rano, po angielsku, zabrałem rzeczy i się wyprowadziłem. Zapłacone było akurat jak trzeba, do tego dnia tygodnia.
Z tego, co słyszałem, to w moim pokoju ktoś zamieszkał w dwa dni po mnie.
Ja bywam na Ealingu, mam tam znajomą, której pomagam, czasem kupuję leki w polskiej aptece. Ludzie mówią, wieści się rozchodzą. Zobaczyłem plakat o poszukiwaniu świadków wydarzenia, poszukiwaniu ludzi, którzy mogą coś pomóc. Zadzwoniłem więc do gazety. Trzeba znaleźć tego człowieka…
***
Rok po śmierci 85-letniej Polski za informacje dotyczące okoliczności jej morderstwa wyznaczono nagrodę w wysokości 10.000 funtów.


